kubis: (SPN - Sam hard time)
[personal profile] kubis
Supernatural, spoilery do 2x14 włącznie.
Dzięki, [livejournal.com profile] le_mru, za spojrzenie na tekst i uwagi.



Zawsze myślałeś, że jesteś odmieńcem, że nie potrafisz się dostosować.



Kiedy wyjeżdżałeś z domu, czułeś, że jedyne, co potrafisz robić, to ranić.
Że wykrzyczałeś ojcu rzeczy, które gromadziłeś w sobie od lat, w najgorszych momentach,
że krzyczałeś, nie zważając na to, jak zmienia mu się twarz,
że tak naprawdę pewnie zasłużyłeś na to, co on powiedział tobie.

Prawie chciałeś, żeby cię wtedy uderzył, wszystko (cokolwiek) byłoby prostsze, skończyłoby się tam, wtedy. Sam Syn po prostu przestałby istnieć.


Ale to byłoby za łatwe, a ty z nikim nie miewasz łatwych związków.


Ani łatwych zerwań. Udawałeś, że ojciec to już zamknięta sprawa, udawałeś też przed wszystkimi (przed samym sobą), że polowania cię nie obchodzą, ale nadal czytałeś gazety i raz na jakiś czas znikałeś z miasteczka studenckiego. Parę miesięcy później miałeś już zaprzyjaźnioną pielęgniarkę w szpitalu w Bakersfield, która nie zadawała pytań i tylko rzucała współczujące spojrzenia. Wydawało jej się, że coś wie. Nie miała pojęcia.
Ale uśmiechałeś się do niej z wdzięcznością za każdym razem, kiedy zakładała ci opatrunek.

Robiłeś to wszystko, bo stare przyzwyczajenia ciężko wyplenić, ale ciężko nie jest równe niemożliwemu; miesiące mijały i coraz bardziej ograniczałeś polowania,
coraz trudniej było ci ukrywać się przed kolegami i Jess,
coraz łatwiej przychodziło czytanie w gazecie tylko stron ze sportem i polityką (na to żadna sól nie mogłaby pomóc).
Być może i tak robiłbyś to dalej, nieregularnie, od czasu do czasu, gdyby nie ten wilkołak koło Ridgecrest, gdyby nie ta dziewczynka, którą znalazłeś za późno. Kiedy potem wracałeś ze szpitala do Stanford, z opatrunkiem na lewym barku, opakowaniem tabletek przeciwbólowych i świadomością, że nadchodzą ciężkie czasy, bo chęć utrzymania tajemnicy i brak ubezpieczenia kosztowały cię utratę niemal wszystkich pieniędzy, wtedy właśnie obiecałeś sobie, że to koniec. Przysiągłeś sobie, że nie będziesz więcej polował, że Sam Łowca przestaje istnieć od tej właśnie chwili.


Ale to byłoby za łatwe, Dean przyjeżdża do ciebie i nagle okazuje się, że tak naprawdę niczego nie pogrzebałeś, że rzeczywistość rzuca ci wszystkie twoje obietnice prosto w twarz, a ty robisz to, co zawsze: działasz.


Potem będzie ci się to wydawało śmieszne, szalenie wręcz śmieszne, ale naprawdę wierzyłeś, że to jednorazowa sprawa, jeden weekend podróży w przeszłość i powrót do teraźniejszości, Stanford, Jess i szkoły prawniczej.
Potem będzie ci się to wydawało śmieszne, ale naprawdę potrafiłeś wyobrazić sobie siebie na sali sądowej.
Ale wtedy, kiedy ten weekend się skończył,
kiedy pożegnałeś Deana, jakbyś widywał go raz na miesiąc i udało ci się wmówić sobie, że to jest w porządku,
kiedy wszedłeś do sypialni i tak bardzo zmęczony położyłeś się na łóżku,
kiedy otworzyłeś oczy
- wtedy nic w twoim życiu nie wydawało ci się choć w najmniejszym stopniu śmieszne.
Dotarło do ciebie, że Sama Szczęśliwego po prostu nie było w tym planie, jakikolwiek on by był.


Ale to byłoby za łatwe, pewnie to o to chodzi, to byłoby za łatwe, gdybyś mógł być z dziewczyną, którą kochasz, prawda? Byłoby za łatwe, tak po prostu ożenić się, mieć dzieci, pracować w kancelarii.



*


Zawsze myślałeś, że jesteś odmieńcem, że nie potrafisz się dostosować.



Przez te lata nauczyłeś się, jak sobie z tym radzić i jak to ukrywać. Całkiem dobrze ci szło, a to, że ludzie brali cię za takiego, jakiego cię widzieli, jakiego im pokazywałeś, a nie takiego, jakim jesteś? W porządku, to cena, którą gotów byłeś płacić, choć tak naprawdę nigdy nie rozważałeś przecież żadnych za i przeciw, nigdy nie zastanawiałeś się, co ukrywać, a co nie. Zawsze działałeś na wewnętrznym autopilocie, chociaż czasem zupełnie go nie rozumiałeś.


Pomógł ci przejść przez pierwsze parę dni, tygodni, a może nawet miesięcy po śmierci Jess, pozwolił nie rozlecieć się, nie rozsypać zupełnie i spektakularnie, nie pokazać światu, sobie i Deanowi, jak bardzo słaby tak naprawdę jesteś.

Po kolei składałeś cały ten bałagan, byłeś Samem Bratem, Samem Łowcą, Samem Po Śmierci Jess, Samem Synem...
Przez jakiś próbowałeś być jeszcze Samem Ze Stanford, dostawałeś maile i odpisywałeś na nie, opowiadając, co u ciebie słychać, a raczej co byłoby u ciebie słychać, gdybyś naprawdę był tym, kim wydawałeś się być, tam, na uczelni. O ludziach, których tam znałeś, po jakimś czasie mówiłeś jako o "znajomych", zrozumiałeś, że chyba w rzeczywistości wiedzieli o tobie zbyt mało, żeby tak naprawdę przyjaźnić się z tobą. Przestałeś się oszukiwać i całkiem możliwe, że pozbycie się Sama Ze Stanford był najłatwiejsze.


Tylko nad snami nie potrafiłeś zapanować, prawdopodobnie dlatego miałeś koszmary przez długie miesiące, na początku niemal każdej nocy.



*


I nawet nie masz czasu pomyśleć, że coś zaczyna się układać, bo pojawiają się wizje, Dean ma atak serca, twoja matka przeprasza cię za coś, o czym nie masz pojęcia, a po roku na łono rodziny powraca John Winchester.

Kiedy myślisz, że to niemal zbyt wiele, odnajdujesz siebie z coltem wycelowanym w opętanego ojca,
siebie przy łóżku nieprzytomnego Deana,
siebie przy palących się zwłokach,
siebie próbującego nieporadnie pogrzebać Sama Syna,
siebie starającego się nie zrobić kompletnej katastrofy z bycia Samem Bratem,
siebie wpatrzonego w jezioro, próbującego przetrawić jakoś to, że twój ojciec... że twój brat...
Nie, mówisz sobie w myślach i jakimś cudem udaje ci się nie załamać, chociaż tak bardzo chciałbyś. Ale obok jest Dean, a ty musisz choćby jedną rzecz zrobić dobrze, więc tylko zaciskasz pięści i czekasz, aż skurcz mięśni przejdzie. Bo twój brat jest silny, ale wiesz już, że jesteś jego słabym punktem, jakimś lichym korkiem przytrzymującym tamę, jaką postawił i niech cię szlag, jeśli nie zrobisz wszystkiego, żeby tak zostało.



*


I po tym wszystkim nie dziwisz się, że nikt cię dobrze nie zna, nikt może poza Deanem, ale on i tak wie mniej niż wydaje mu się, że wie.
Nie dziwi cię, że nikt cię dobrze nie zna, ale kiedy "budzisz się" w hotelowym pokoju, z krwią na rękach i koszuli, odkrywasz, że ty też nie wiesz o sobie wszystkiego, nie znasz się tak, jak sądziłeś, a to, co myślałeś, że wiesz, może być po prostu kolejną warstwą abstrakcyjnego obrazu o niewiadomym znaczeniu.

Kiedy już ta myśl dociera do ciebie, wżera ci się w świadomość, robisz to, co zawsze, kiedy nie chcesz skupiać się na tym, co czujesz.
Działasz.

Myjesz ręce. Dzwonisz do Deana.


Bo możesz udawać kogoś kim nie jesteś,
możesz nie myśleć o tym, że nie wiesz, kto się pod tym kryje.
Możesz nie zastanawiać się, czy kiedyś w ogóle tak naprawdę wiedziałeś.



KONIEC

Date: 2007-02-20 10:59 pm (UTC)
ext_13247: ([spn] never threaten sammy)
From: [identity profile] novin-ha.livejournal.com
Whoa.

To dobre było - podoba mi się odważne rozplanowanie kompozycyjne, powtórzenia (sama bardzo lubię) i rozplanowanie przestrzenne, i interpunkcja. Podobało mi się jak powoli szłaś do wytyczonego sobie celu w tym fiku i pokazywałaś kolejne kawałki układanki. A już zdanie o grzebaniu Sama Syna (nie ojca, tylko właśnie fragmentu siebie) i zdaniu sobie sprawy, że znajomi ze studiów w ogóle go nie znali.. świetne.

To się zwyczajnie dobrze czyta, wciąga pierwszy akapit i trzyma potem aż do końca, taka eksploracja duszy bohatera - czy raczej postaci, prawda? ;) Dobrze to rozegrałaś, mój Ty Dżerku.

I to, jak Sammy czuje się odpowiedzialny za Deana, bo jest jego słabym punktem też do mnie trafiło. Jakieś takie to wszystko prawdziwe i pasujące, ładne i pomysłowe i kanoniczne.

I zakończenie. Naprawdę nieco wcale mroczne.

Date: 2007-02-20 11:05 pm (UTC)
From: [identity profile] kubis.livejournal.com
Dzięki, Bicz.

Date: 2007-02-20 11:15 pm (UTC)
From: [identity profile] pellamerethiel.livejournal.com
Wow, ależ to fajna kompozycja. Ostatnio ześwirowałam na punkcie symetrii, dzielenia fików na mniej więcej równe części i tak dalej, i tak dalej. Plus te powtórzenia, są naprawdę świetne, tak samo, jak różne oblicza Sama - Sam Syn, Sam Brat, Sam Łowca (Mistyk! Mistyk! XD), te wszystkie transformacje, podczas których niektóre oblicza umierają, a inne stają się silniejsze. No i pomysł, że Sam, będąc już w miasteczku studenckim, po swojemu i na swój koszt kontynuował polowania, dopóki nie stwierdził, że Łowca musi przestać istnieć. Rewelacja. Swoją drogą, właśnie pomyślałam, że chętnie przeczytałabym fika, w którym Sam poznaje Jess i jego późniejsze odczucia względem tego. Napiszesz kiedyś coś podobnego?:P *łypie oczętami*

Robiłeś to wszystko, bo stare przyzwyczajenia ciężko wyplenić, ale ciężko nie jest równe niemożliwemu; miesiące mijały i coraz bardziej ograniczałeś polowania,
coraz trudniej było ci ukrywać się przed kolegami i Jess

Jak już wspomniałam, jeden z moich ulubieńszych fragmentów. :D

Ale to byłoby za łatwe, pewnie to o to chodzi, to byłoby za łatwe, gdybyś mógł być z dziewczyną, którą kochasz, prawda? Byłoby za łatwe, tak po prostu ożenić się, mieć dzieci, pracować w kancelarii.
Oj, zdecydowanie. Winchesterom nie jest to przeznaczone, tak po prostu. Nawet, gdyby to zrobił, zapewne gdzieś w środku, gdzieś głęboko czułby, że to nie jest dokładnie to, co powinien robić, do czego został stworzony/wychowany.

O ludziach, których tam znałeś, po jakimś czasie mówiłeś jako o "znajomych", zrozumiałeś, że chyba w rzeczywistości wiedzieli o tobie zbyt mało, żeby tak naprawdę przyjaźnić się z tobą.
Oooo, ujęłaś mnie tym zdaniem. Znajomi a przyjaciele, zawsze lubię czytać o takich motywach. :)))

Kiedy już ta myśl dociera do ciebie, wżera ci się w świadomość, robisz to, co zawsze, kiedy nie chcesz skupiać się na tym, co czujesz.
Działasz.

Kolejna perełeczka.

Naprawdę, świetny angstowy Sammy!♥

Date: 2007-02-20 11:25 pm (UTC)
From: [identity profile] kubis.livejournal.com
Swoją drogą, właśnie pomyślałam, że chętnie przeczytałabym fika, w którym Sam poznaje Jess i jego późniejsze odczucia względem tego. Napiszesz kiedyś coś podobnego?:P
Pamiętam, jaki miałam problem na fikatonie, kiedy chciałam napisać o tej dwójce:P Ja ich w ogóle nie widzę (w sensie ewentualnego o nich pisania;)), ale kto wie, może się coś zmieni.


Znajomi a przyjaciele, zawsze lubię czytać o takich motywach. :)))
Znowu mamy tak samo XD


Dzięki, twin! ♥

Date: 2007-02-20 11:40 pm (UTC)
From: [identity profile] magdalith.livejournal.com
Nie przeczytałam całego, no bo bez sensu, i tak nie zrozumiem. Ale wypowiem się na temat techniki: uważam, że pisanie w drugiej osobie nie służy tekstowi, zwłaszcza takiemu, który nie jest miniaturką. To jest zwyczajnie męczące w odbiorze.
Ale to takie moje subiektywne wrażenie.

Date: 2007-02-20 11:50 pm (UTC)
From: [identity profile] kubis.livejournal.com
Najwyraźniej przeszedł ci szał, kiedy czytałaś tak czy siak (zastanawiało mnie to wtedy i pamiętam, że na fikatonie przeczytałam twój tekst z TP ;)).

Jasne, to subiektywne wrażenie, każdy ma jakieś rzeczy, które czyta mu się lepiej albo gorzej. Ja np. nie przepadam za tekstami w pierwszej osobie, a w drugiej owszem, dlatego kiedy tekst chce się napisać w takiej właśnie, to go tak piszę;)

Dzięki za komentarz, Sis! ♥

Date: 2007-02-21 12:04 am (UTC)
From: [identity profile] magdalith.livejournal.com
Niezamaco :) ♥
W sumie to nie przeczytałam do końca głównie dlatego, że mnie zmęczyło -___- (w połączeniu z niezrozumieniem fabuły - rozumiesz... XD).
A ja bardzo lubię twój styl, tak ogólnie, więc tym razem musiało być coś inaczej.

Date: 2007-02-21 11:09 am (UTC)
From: [identity profile] nashirah.livejournal.com
Och, jej.

Ja ogólnie jestem sceptycznie nastawiona na angsty (w sumie nie wiem nawet, czy bardziej anty jestem w stosunku do angstoweg Deana czy Sama, który słowo angst powinien miec chyba wypisane na czole).

Ale - och, jej.

Co chwilę uderzały mnie zdania. Tak prosto między oczy.
Jak to:
Dotarło do ciebie, że Sama Szczęśliwego po prostu nie było w tym planie, jakikolwiek on by był.
Czy to:
Ale obok jest Dean, a ty musisz choćby jedną rzecz zrobić dobrze, więc tylko zaciskasz pięści i czekasz, aż skurcz mięśni przejdzie. Bo twój brat jest silny, ale wiesz już, że jesteś jego słabym punktem, jakimś lichym korkiem przytrzymującym tamę, jaką postawił i niech cię szlag, jeśli nie zrobisz wszystkiego, żeby tak zostało.

Cudne, Kubiś. Nie jestem w stanie jakoś ładnie ubrać w słowa wszystkich moich odczuć podczas czytania tego tekstu, ale naprawdę, naprawdę mi się podoba. Jeśli mogę to tak określić i o ile to odpowiednie słowa. :)

Date: 2007-02-22 08:36 pm (UTC)
From: [identity profile] kubis.livejournal.com
Cieszę się, że Ci się podobało, mimo że angstom mówisz nie :] Moja wena jest wybitnie angstowa, jeśli chodzi o WBraci, z wyjątkiem może Wee!chesterów.

I w ogóle dzięki za komentarz :))) ♥ W naszym małym (ale coraz większym) fandomie komentarzy nigdy dość ;)

Date: 2007-02-21 10:30 pm (UTC)
From: [identity profile] akzseinga.livejournal.com
Wow.
Primo, niektóre zdania się po prostu trafione w dziesiątkę i należy Ci się za nie jakaś nagroda, puchar czy medal, whatever.
Po drugie, fajny styl i kompozycja.
A po trzecie, RETY. Twój Sam jest po prostu niesamowity. Naprawdę niezły z Ciebie psycholog.

Gratuluję, Kubis. Świetna robota *piątka*

Date: 2007-02-22 08:41 pm (UTC)
From: [identity profile] kubis.livejournal.com
Wow, dzięki ^^

A Sam jest Samem, miałam do niego słabość od początku, bardzo łatwo mnie kopie w czułe miejsce, zmusza do przemyśleń i ostatnio jak nachodzi mnie Wen, to właśnie Sammy przychodzi razem z nim.

*piątka*

Date: 2009-09-14 07:43 pm (UTC)
From: [identity profile] substancja.livejournal.com
Bardzo mi się podobało.

Przyznaję, że początkowo Sam wydawał mi się miękkim kluseczkiem i nieco mnie irytował - z czasem jednak lubiłam go coraz bardziej. Nierzadko bardziej niż Deana, co do tej pory mnie zadziwia. Twój tekst jeszcze mocniej mnie w tym utwierdza. Że Sam jest naprawdę... silną postacią.

Profile

kubis: (Default)
kubis

January 2021

S M T W T F S
     12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Most Popular Tags

Style Credit

Expand Cut Tags

No cut tags
Page generated Jan. 3rd, 2026 07:06 pm
Powered by Dreamwidth Studios