Korytarz (Hotel 3)
Apr. 20th, 2006 11:27 pmTekst powstał jako kontynuacja "Hotelu" autorstwa
pellamerethiel oraz drugiej części - "Świateł", czyli Hotelu2 autorstwa
le_mru. Oba gorąco polecam! [już nie mówiąc, że mój tekst będzie raczej niezrozumiały bez lektury tamtych dwóch. Może nie zupełnie, ale w dużej części] Powstał więc pomysł, żeby pociągnąć to dalej, opisać też inne punkty widzenia, inne spojrzenia. Siedząc w pociągu, gdzieś na trasie Łódź-Kraków, wymyśliłam Sawyera w tym hotelu.
Uwagi: futurefic, ale chyba żadnych spoilerów. I - dla odmiany - na poważnie.
Natknął się na Charlie’ego w hotelowym barze. Najwyraźniej muzyk wpadł na ten sam pomysł co on – urok osobisty plus status świeżo uratowanego rozbitka równają się butelce na koszt hotelu. Tylko, że on, Sawyer, chciał tylko jedną, a senny koszmar Jima Morrisona dwie. Sam ich nie obali, więc rozwiązanie jest proste. Impreza pożegnalna.
Kiedyś lubił takie spotkania - alkohol, kobiety, które w nostalgicznym nastroju są zawsze łatwiejsze, no i mieszanka smutku, goryczy i ulgi, którą ludzie lubią się karmić. Ale na tę imprezę zdecydowanie się nie wybierał (i nie miało znaczenia, że nikt go nie zaprosił).
Bo po co? Co mają sobie do powiedzenia? Jackowi powiedział to, co czuł, że powinien, wtedy, kiedy załapał się na tratwę. I dobrze, bo nie wiedział, czy teraz też by to zrobił. Z Mohammedem mogli sobie współegzystować na wyspie, rozładowując atmosferę wzajemnymi docinkami, ale w rzeczywistym świecie, ze świadomością, że nigdy więcej się nie zobaczą, zapewne łatwiej byłoby stracić nerwy i kontrolę. Prawdopodobnie pobiliby się, jak pierwszego dnia po katastrofie, kiedy byli jeszcze po staremu ucywilizowani i nie musieli przestrzegać twardych praw życia na wyspie. Trochę czasu zajęło im dostosowanie się, doszli nawet do pewnego rodzaju porozumienia, nauczyli się inaczej rozładowywać emocje. Sawyer był z tego zadowolony i wolał tak to zostawić. Nie chciał ponownego ucywilizowania stosunków.
Z nikim innym już zupełnie nie miał o czym rozmawiać. Bo przecież z Aaronem (którego w zasadzie polubił, bo mały – kiedy nie płakał - był całkiem fajny) za wiele nie pogadają. A pozostali... Przez te miesiące ludzie coraz bardziej żyli „każdy sobie”, coraz mniej było grupowych przedsięwzięć, a jeszcze mniej tych, w których on brał udział. No, może nie licząc tego ostatniego. Poza tym – wspólne wspominanie życia na wyspie? Zdecydowanie wolał to robić sam na sam, James Ford z Sawyerem, Sawyer z Jamesem Fordem.
Wziął więc butelkę, podziękował i obdarzył barmankę szerokim uśmiechem, po czym wyszedł szybko z baru, zanim Charlie znów wcieliłby się w swoją wyspową rolę Młodszego Brata i zaproponował, żeby Sawyer dołączył do świętujących.
Nie chciał siedzieć w pokoju (przez wyspę nabawił się chyba klaustrofobii, przyzwyczaił się do życia bez ścian), rozsiadł się więc przy stoliku w korytarzu, wystarczająco daleko od pokoju Charlie’ego i wystarczająco ciemno, żeby mieć spokój.
Otworzył butelkę, wzniósł ją w geście toastu w stronę pustej przestrzeni przed sobą i wziął duży łyk. Można żyć bez alkoholu, ale po co?
Był wkurzony. Wkurzony na wyspę, na Locke’a, który został, na Jacka, który go tam zostawił, na siebie, że wcale nie chciał stamtąd odpływać, a jednocześnie nie marzył o niczym innym. Na Pieguska też był zły. Ale starał się ją zrozumieć. Co niby miała zrobić? Dać się zamknąć? Sierżancie, na wyspie było uroczo, powinien się pan tam wybrać z rodziną na wakacje. A teraz proszę mnie aresztować. Zrobiła to, co on by zrobił, byli do siebie podobni, zwłaszcza w uciekaniu. Wiedział przecież, że tak będzie. Każdy z rozbitków miał przerąbane, niektórzy nie mieli dokąd wracać, ale Sawyer zdawał sobie sprawę, że lepiej, jak nie czeka na ciebie nic, niż gdy czeka więzienie.
Zabrał jej samolocik właściwie bezmyślnie. Dopiero potem zaczął zastanawiać się, po co i co z tym zrobi. Może, cholera, naprawdę chciał ją jeszcze raz zobaczyć, jeszcze raz wkurzyć. No i pożegnać się, chociaż wiedział, że oboje byli beznadziejni w pożegnaniach, że może lepiej się nie żegnać, bo przecież po ostatnim nie-pożegnaniu bardzo szybko spotkali się ponownie... No to do zobaczenia, Piegusku!, znowu uniósł butelkę i pociągnął duży łyk.
***
O piątej rano tęsknił za wyspą najbardziej.
Każdy ma swoją przeklętą godzinę, ta była jego. Od lat prawie codziennie budził się przed świtem, chyba, że koszmary nie pozwalały mu w ogóle zasnąć. Otwierał oczy i przez chwilę zupełnie nie mógł się odnaleźć w tej szarości, w tym zawieszeniu między nocą a dniem (kiedyś doszedł do wniosku, że sam jest jak piąta rano, już nie James, jeszcze nie Sawyer). Wstawał z łóżka, otwierał szeroko okno i głęboko oddychał, czekając aż mięśnie się rozluźnią. Potem kładł się z powrotem i nawet czasem udawało mu się zasnąć.
Na wyspie nieco oswoił tę piątą rano. Mógł po prostu wyjść z namiotu, zasypać nogi w piasku, popatrzeć na ocean... Zawsze potem zasypiał. A bywały dni, że nie budził się przed świtem, otwierał oczy dopiero, kiedy słońce świeciło już jasno i nie było śladu po nocy.
Ale odkąd ich uratowano, przeklęta godzina powróciła, razem z szarością, strachem i napięciem. Także teraz, siedząc w fotelu w hotelowym korytarzu, z pustą butelką i leżącą gdzieś na ziemi książką, czuł ogarniające go zmęczenie i otępienie. Zaliczył tej nocy dwa pożegnania, których nie chciał, setki wspomnień, których nie chciał tym bardziej, no i butelkę szkockiej (przynajmniej w tym rzeczywistość pokonywała cholerną wyspę), którą jak najbardziej chciał.
Stwierdził, że on i piąta rano są kwita. Przynajmniej na dziś.
Edycja: powstał Hotel 4 - "Fate" autorstwa
dark_vanessa. A
le_mru napisała postposthotel, czyli półtora roku później - "Kalifornia".
Uwagi: futurefic, ale chyba żadnych spoilerów. I - dla odmiany - na poważnie.
Natknął się na Charlie’ego w hotelowym barze. Najwyraźniej muzyk wpadł na ten sam pomysł co on – urok osobisty plus status świeżo uratowanego rozbitka równają się butelce na koszt hotelu. Tylko, że on, Sawyer, chciał tylko jedną, a senny koszmar Jima Morrisona dwie. Sam ich nie obali, więc rozwiązanie jest proste. Impreza pożegnalna.
Kiedyś lubił takie spotkania - alkohol, kobiety, które w nostalgicznym nastroju są zawsze łatwiejsze, no i mieszanka smutku, goryczy i ulgi, którą ludzie lubią się karmić. Ale na tę imprezę zdecydowanie się nie wybierał (i nie miało znaczenia, że nikt go nie zaprosił).
Bo po co? Co mają sobie do powiedzenia? Jackowi powiedział to, co czuł, że powinien, wtedy, kiedy załapał się na tratwę. I dobrze, bo nie wiedział, czy teraz też by to zrobił. Z Mohammedem mogli sobie współegzystować na wyspie, rozładowując atmosferę wzajemnymi docinkami, ale w rzeczywistym świecie, ze świadomością, że nigdy więcej się nie zobaczą, zapewne łatwiej byłoby stracić nerwy i kontrolę. Prawdopodobnie pobiliby się, jak pierwszego dnia po katastrofie, kiedy byli jeszcze po staremu ucywilizowani i nie musieli przestrzegać twardych praw życia na wyspie. Trochę czasu zajęło im dostosowanie się, doszli nawet do pewnego rodzaju porozumienia, nauczyli się inaczej rozładowywać emocje. Sawyer był z tego zadowolony i wolał tak to zostawić. Nie chciał ponownego ucywilizowania stosunków.
Z nikim innym już zupełnie nie miał o czym rozmawiać. Bo przecież z Aaronem (którego w zasadzie polubił, bo mały – kiedy nie płakał - był całkiem fajny) za wiele nie pogadają. A pozostali... Przez te miesiące ludzie coraz bardziej żyli „każdy sobie”, coraz mniej było grupowych przedsięwzięć, a jeszcze mniej tych, w których on brał udział. No, może nie licząc tego ostatniego. Poza tym – wspólne wspominanie życia na wyspie? Zdecydowanie wolał to robić sam na sam, James Ford z Sawyerem, Sawyer z Jamesem Fordem.
Wziął więc butelkę, podziękował i obdarzył barmankę szerokim uśmiechem, po czym wyszedł szybko z baru, zanim Charlie znów wcieliłby się w swoją wyspową rolę Młodszego Brata i zaproponował, żeby Sawyer dołączył do świętujących.
Nie chciał siedzieć w pokoju (przez wyspę nabawił się chyba klaustrofobii, przyzwyczaił się do życia bez ścian), rozsiadł się więc przy stoliku w korytarzu, wystarczająco daleko od pokoju Charlie’ego i wystarczająco ciemno, żeby mieć spokój.
Otworzył butelkę, wzniósł ją w geście toastu w stronę pustej przestrzeni przed sobą i wziął duży łyk. Można żyć bez alkoholu, ale po co?
Był wkurzony. Wkurzony na wyspę, na Locke’a, który został, na Jacka, który go tam zostawił, na siebie, że wcale nie chciał stamtąd odpływać, a jednocześnie nie marzył o niczym innym. Na Pieguska też był zły. Ale starał się ją zrozumieć. Co niby miała zrobić? Dać się zamknąć? Sierżancie, na wyspie było uroczo, powinien się pan tam wybrać z rodziną na wakacje. A teraz proszę mnie aresztować. Zrobiła to, co on by zrobił, byli do siebie podobni, zwłaszcza w uciekaniu. Wiedział przecież, że tak będzie. Każdy z rozbitków miał przerąbane, niektórzy nie mieli dokąd wracać, ale Sawyer zdawał sobie sprawę, że lepiej, jak nie czeka na ciebie nic, niż gdy czeka więzienie.
Zabrał jej samolocik właściwie bezmyślnie. Dopiero potem zaczął zastanawiać się, po co i co z tym zrobi. Może, cholera, naprawdę chciał ją jeszcze raz zobaczyć, jeszcze raz wkurzyć. No i pożegnać się, chociaż wiedział, że oboje byli beznadziejni w pożegnaniach, że może lepiej się nie żegnać, bo przecież po ostatnim nie-pożegnaniu bardzo szybko spotkali się ponownie... No to do zobaczenia, Piegusku!, znowu uniósł butelkę i pociągnął duży łyk.
***
O piątej rano tęsknił za wyspą najbardziej.
Każdy ma swoją przeklętą godzinę, ta była jego. Od lat prawie codziennie budził się przed świtem, chyba, że koszmary nie pozwalały mu w ogóle zasnąć. Otwierał oczy i przez chwilę zupełnie nie mógł się odnaleźć w tej szarości, w tym zawieszeniu między nocą a dniem (kiedyś doszedł do wniosku, że sam jest jak piąta rano, już nie James, jeszcze nie Sawyer). Wstawał z łóżka, otwierał szeroko okno i głęboko oddychał, czekając aż mięśnie się rozluźnią. Potem kładł się z powrotem i nawet czasem udawało mu się zasnąć.
Na wyspie nieco oswoił tę piątą rano. Mógł po prostu wyjść z namiotu, zasypać nogi w piasku, popatrzeć na ocean... Zawsze potem zasypiał. A bywały dni, że nie budził się przed świtem, otwierał oczy dopiero, kiedy słońce świeciło już jasno i nie było śladu po nocy.
Ale odkąd ich uratowano, przeklęta godzina powróciła, razem z szarością, strachem i napięciem. Także teraz, siedząc w fotelu w hotelowym korytarzu, z pustą butelką i leżącą gdzieś na ziemi książką, czuł ogarniające go zmęczenie i otępienie. Zaliczył tej nocy dwa pożegnania, których nie chciał, setki wspomnień, których nie chciał tym bardziej, no i butelkę szkockiej (przynajmniej w tym rzeczywistość pokonywała cholerną wyspę), którą jak najbardziej chciał.
Stwierdził, że on i piąta rano są kwita. Przynajmniej na dziś.
Edycja: powstał Hotel 4 - "Fate" autorstwa
no subject
Date: 2006-04-20 10:36 pm (UTC)No i mamy trylogię.
Wyborny jest ten "Korytarz". Doskonały w swoim gorzkim, skłaniającym do sięgnięcia po coś mocniejszego nastroju, z pogrążonych w ponurych myślach wkurzonym, naprawdę wkurzonym Sawyerem i tymi wszystkimi jego rozważaniami. A rozliczanie się z tymi, których poznał na wyspie, jest po prostu pięęęękne.
Smaczki takie jak "senny koszmar Jima Morrisona" czy "Młodszy Brat" rewelacyjne, takie bardzo sawyerowe te określenia. ;)
Ale największe wrażenie zrobiły na mnie te jego wspomnienia z wyspy, rozliczanie się z przeszłością właśnie. I to, co myślał o samolociku i Piegusku, a także ta nieszczęsna godzina piąta nad ranem, która jak najbardziej mi do Sawyera pasuje. Ten fragment przyprawia mnie o ciarki.
Widać, nie tylko Locke'owi wyspa przyniosła pewnego rodzaju spokój i ukojenie...
I bardzo pasuje mi do Sawyera ten tekst o tym, że przyzwyczaił się do życia bez ścian. To nie jest typ, który lubiłby się gdziekolwiek zamykać, podobnie zresztą jak Kate.
Był wkurzony. Wkurzony na wyspę, na Locke’a, który został, na Jacka, który go tam zostawił, na siebie, że wcale nie chciał stamtąd odpływać, a jednocześnie nie marzył o niczym innym.
Ten kawałek mnie po prostu powalił. Jest niesamowity.:) No po prostu nie wiem jak go skomentować.
Każdy z rozbitków miał przerąbane, niektórzy nie mieli dokąd wracać, ale Sawyer zdawał sobie sprawę, że lepiej, jak nie czeka na ciebie nic, niż gdy czeka więzienie.
Bardzo trafne spostrzeżenie... I to, że Sawyer też rozumiał tę potrzebę ucieczki.
Zaliczył tej nocy dwa pożegnania, których nie chciał, setki wspomnień, których nie chciał tym bardziej, no i butelkę szkockiej (przynajmniej w tym rzeczywistość pokonywała cholerną wyspę), którą jak najbardziej chciał.
Też jeden z najbardziej emocjonalnych fragmentów. Setki wspomnień, ta świadomość, że to wszystko się skończyło, nie będzie więcej palm, piasku, ulewnego deszczu, czających się w dżungli potworów i włazu rodem z filmu sf. A jednak za tym tęskni, tak jak zapewne wszyscy eks-rozbitkowie, tylko każdy w innym stopniu. ;)
Ale mnie wzięło na rozważania. ;)
I strasznie mi się podoba, że na poważnie właśnie. Uwielbiam scrackowane opowiadania, ale najbardziej lubię te na serio, pełne rozważań, wspomnień i ponurych myśli. Pesymistka ze mnie. ;)
Zawsze mam problemy z pisaniem zakończeń, więc tutaj tylko powtórzę, że baaardzo mi się podoba. XD