Fikaton, dzień piąty
Sep. 5th, 2006 03:12 pmUuuch. Ciężko było tym razem.
Dla Akzs (
akzseinga) (z góry przepraszam;))
Kiedy całowała Charlie’ego tamtego wieczoru nad ogniskiem, jeszcze nic nie wiedziała.
Chociaż…? Może wiedziała, że coś jest nie tak, że coś się gdzieś kończy, coś, na co ona nie ma wpływu, bo siedzi tu na plaży, patrzy na śpiącego Aarona i nuci starą piosenkę Edith Piaf, którą kiedyś śpiewała jej matka.
Podniosła oczy i zobaczyła go siedzącego przy ognisku, brudnego i zamyślonego. Zastanawiała się, jak pobyt na wyspie go odmienił, bo nie trzeba być przecież specjalnym znawcą ludzi, żeby wiedzieć, że to nie ten sam chłopak. Ona też nie była ta sama i to nie tylko dlatego, że teraz już pojedyncza. A on? W myślach przelatywały jej wspomnienia – Charlie pomagający jej nieść torbę, Charlie oblizujący palec pełen nieistniejącego masła orzechowego, Charlie walczący z Ethanem, Charlie z Aaronem w środku nocy w oceanie, Charlie zagubiony i osamotniony…
Wtedy wydawało jej się, że podejście i pocałowanie go było jak najbardziej właściwe i na miejscu. Nie wiedziała, co dalej, ale okazało się, że nie musi.
- Myślę, że John nie żyje – powiedział cicho Charlie, patrząc jej w oczy. Nie spuszczała z niego wzroku, choć wiedziała, że już dobrze pamięta jak wygląda, kiedy to mówi. Za jakiś czas, kiedy będzie o nim myślała, obok Charlie’ego oblizującego palec i Charlie’ego walczącego z Ethanem pojawi się Charlie mówiący jej, że John nie żyje.
I chociaż doskonale zrozumiała, co powiedział, nadal jeszcze nic nie wiedziała.
Następnego dnia Sayid wytłumaczył wszystkim zniknięcie Jacka, Kate i Sawyera. Całkiem naturalnie wzmianka o tym pierwszym wzbudziła największe emocje, także u Claire, która teraz modliła się jeszcze bardziej, żeby Aaron był zdrowy i silny.
Sayid miał plan. I potrzebował ludzi. Stała z boku i patrzyła, jak mężczyzna spokojnym i uspokajającym głosem, tym samym, którym rozmawiał z nią o Aaronie, tłumaczy grupie ochotników, skąd wezmą broń i co z nią zrobią. Charlie też był wśród nich. Kiedyś Claire zbuntowałaby się (milcząco, oczywiście, tylko we własnej głowie), bo przecież obiecał, że z nią zostanie, że zawsze będzie chronił ją i Aarona, a co będzie jak Inni napadną obóz, kiedy oni będą gdzieś w dżungli? Ale już się nie buntowała, już była kimś innym niż dawniej. On też był inny, dlatego szedł, dlatego stał koło Sayida i ze skupioną miną słuchał mężczyzny, który wiedział, co mówi.
Mężczyzny, który dwa dni później przyniósł go do obozu i przez kilka godzin bez odpoczynku kopał mu grób.
Claire, kołysząc Aarona do snu, patrzyła na Sayida, jego zakrwawiony podkoszulek i ramię, podkrążone oczy i systematyczne ruchy łopatą. Przez chwilę nawet je liczyła, ale kiedy doszła do sześćdziesięciu czterech, poczuła, że jest tak zmęczona, jakby sama kopała ten dół. Stała więc i tylko obserwowała. Kiedy Sayid skończył, przez kilka minut stał nad grobem i Claire patrząc na niego zastanawiała, się o czym myśli. O Charlie’em? O tym, jak umarł? A może zastanawiał się, kto i kiedy jemu wykopie jego własny grób?
Podniósł głowę i spojrzał na nią. Przez chwilę miała wrażenie, jakby ją usłyszał, ale nie, chyba nie, przecież to niemożliwe. Stali więc i patrzyli na siebie.
I chociaż doskonale zrozumiała, czego nie powiedział, nadal jeszcze nic nie wiedziała.
Minął tydzień, powstały jeszcze trzy nowe groby, ludzie w obozie żyli w coraz większym strachu, że nie tylko nie wróci nikt z porwanej trójki, ale też nikt z ekipy ratunkowej. Niemal euforycznie powitali Sawyera podtrzymywanego przez Jina. Było tak, jak kiedyś – nikt nie pamiętał, że Sawyer był nielubianym sukinsynem, najważniejsze było dla nich to, że przeżył, zwiększał więc szanse następnych – przynajmniej w wyobraźni rozbitków.
Nie przewidzieli, że Inni się zemszczą jeszcze tej samej nocy. Claire nie przewidziała, że Inni się zemszczą jeszcze tej samej nocy. Kiedy rano obudziła się i nie znalazła Aarona w łóżeczku, zrozumiała swój błąd.
I teraz już wiedziała wszystko.
Nie pozwoliła się nikomu dotknąć, nie pozwoliła się zatrzymać. Ignorowała pocieszająco-uspokajające słowa Sun, na Sawyera najchętniej rzuciłaby się z pięściami. Zapakowała dwie butelki wody, trochę owoców, do kieszeni wsunęła wełniany bucik i nie oglądając się za siebie, ruszyła do dżungli. Kluczyła między drzewami, czasem gubiła drogę, więc minęło kilka godzin zanim znalazła to, czego szukała.
- Zaprowadź mnie do nich, Danielle.
Dla Akzs (
Kiedy całowała Charlie’ego tamtego wieczoru nad ogniskiem, jeszcze nic nie wiedziała.
Chociaż…? Może wiedziała, że coś jest nie tak, że coś się gdzieś kończy, coś, na co ona nie ma wpływu, bo siedzi tu na plaży, patrzy na śpiącego Aarona i nuci starą piosenkę Edith Piaf, którą kiedyś śpiewała jej matka.
Podniosła oczy i zobaczyła go siedzącego przy ognisku, brudnego i zamyślonego. Zastanawiała się, jak pobyt na wyspie go odmienił, bo nie trzeba być przecież specjalnym znawcą ludzi, żeby wiedzieć, że to nie ten sam chłopak. Ona też nie była ta sama i to nie tylko dlatego, że teraz już pojedyncza. A on? W myślach przelatywały jej wspomnienia – Charlie pomagający jej nieść torbę, Charlie oblizujący palec pełen nieistniejącego masła orzechowego, Charlie walczący z Ethanem, Charlie z Aaronem w środku nocy w oceanie, Charlie zagubiony i osamotniony…
Wtedy wydawało jej się, że podejście i pocałowanie go było jak najbardziej właściwe i na miejscu. Nie wiedziała, co dalej, ale okazało się, że nie musi.
- Myślę, że John nie żyje – powiedział cicho Charlie, patrząc jej w oczy. Nie spuszczała z niego wzroku, choć wiedziała, że już dobrze pamięta jak wygląda, kiedy to mówi. Za jakiś czas, kiedy będzie o nim myślała, obok Charlie’ego oblizującego palec i Charlie’ego walczącego z Ethanem pojawi się Charlie mówiący jej, że John nie żyje.
I chociaż doskonale zrozumiała, co powiedział, nadal jeszcze nic nie wiedziała.
Następnego dnia Sayid wytłumaczył wszystkim zniknięcie Jacka, Kate i Sawyera. Całkiem naturalnie wzmianka o tym pierwszym wzbudziła największe emocje, także u Claire, która teraz modliła się jeszcze bardziej, żeby Aaron był zdrowy i silny.
Sayid miał plan. I potrzebował ludzi. Stała z boku i patrzyła, jak mężczyzna spokojnym i uspokajającym głosem, tym samym, którym rozmawiał z nią o Aaronie, tłumaczy grupie ochotników, skąd wezmą broń i co z nią zrobią. Charlie też był wśród nich. Kiedyś Claire zbuntowałaby się (milcząco, oczywiście, tylko we własnej głowie), bo przecież obiecał, że z nią zostanie, że zawsze będzie chronił ją i Aarona, a co będzie jak Inni napadną obóz, kiedy oni będą gdzieś w dżungli? Ale już się nie buntowała, już była kimś innym niż dawniej. On też był inny, dlatego szedł, dlatego stał koło Sayida i ze skupioną miną słuchał mężczyzny, który wiedział, co mówi.
Mężczyzny, który dwa dni później przyniósł go do obozu i przez kilka godzin bez odpoczynku kopał mu grób.
Claire, kołysząc Aarona do snu, patrzyła na Sayida, jego zakrwawiony podkoszulek i ramię, podkrążone oczy i systematyczne ruchy łopatą. Przez chwilę nawet je liczyła, ale kiedy doszła do sześćdziesięciu czterech, poczuła, że jest tak zmęczona, jakby sama kopała ten dół. Stała więc i tylko obserwowała. Kiedy Sayid skończył, przez kilka minut stał nad grobem i Claire patrząc na niego zastanawiała, się o czym myśli. O Charlie’em? O tym, jak umarł? A może zastanawiał się, kto i kiedy jemu wykopie jego własny grób?
Podniósł głowę i spojrzał na nią. Przez chwilę miała wrażenie, jakby ją usłyszał, ale nie, chyba nie, przecież to niemożliwe. Stali więc i patrzyli na siebie.
I chociaż doskonale zrozumiała, czego nie powiedział, nadal jeszcze nic nie wiedziała.
Minął tydzień, powstały jeszcze trzy nowe groby, ludzie w obozie żyli w coraz większym strachu, że nie tylko nie wróci nikt z porwanej trójki, ale też nikt z ekipy ratunkowej. Niemal euforycznie powitali Sawyera podtrzymywanego przez Jina. Było tak, jak kiedyś – nikt nie pamiętał, że Sawyer był nielubianym sukinsynem, najważniejsze było dla nich to, że przeżył, zwiększał więc szanse następnych – przynajmniej w wyobraźni rozbitków.
Nie przewidzieli, że Inni się zemszczą jeszcze tej samej nocy. Claire nie przewidziała, że Inni się zemszczą jeszcze tej samej nocy. Kiedy rano obudziła się i nie znalazła Aarona w łóżeczku, zrozumiała swój błąd.
I teraz już wiedziała wszystko.
Nie pozwoliła się nikomu dotknąć, nie pozwoliła się zatrzymać. Ignorowała pocieszająco-uspokajające słowa Sun, na Sawyera najchętniej rzuciłaby się z pięściami. Zapakowała dwie butelki wody, trochę owoców, do kieszeni wsunęła wełniany bucik i nie oglądając się za siebie, ruszyła do dżungli. Kluczyła między drzewami, czasem gubiła drogę, więc minęło kilka godzin zanim znalazła to, czego szukała.
- Zaprowadź mnie do nich, Danielle.
no subject
Date: 2006-09-06 12:08 am (UTC)Za jakiś czas, kiedy będzie o nim myślała, obok Charlie’ego oblizującego palec i Charlie’ego walczącego z Ethanem pojawi się Charlie mówiący jej, że John nie żyje. - Chyba najbardziej podobał mi się ten właśnie fragment. Wzmianka o tym, że Claire po porwaniu Jacka, Sawyera i Kate jeszcze bardziej modli się, by jej synek był silny i zdrowy też świetna. Tak samo wyprawy do dżungli, śmierć Charliego, kopiący grób (ZOMG) Sayid, powrót Sawyera (przyznaj się - chciałaś, by Twoje otp znowu było razem? XDDD)
No i końcówka też mocna. Brawo!:)