Lost Challenge #7 - Outlaws last minute
Aug. 7th, 2006 07:13 pmNapisane na lostowe challenge - tekst do 1x16 Outlaws.
Miał być slash, nie ma slasha (sorri, dudes). Jest AU, Sawyer, Sayid (oczywiście;)).
Nie jestem zadowolona z tego tekstu, ale cóż. Wklejam.
Edit: mała zmiana dot.dobrego wychowania Sayida;) Nilc zauważyła fragment, do którego ja też nie byłam przekonana, więc poprawiłam. (otóż Sayid nie powiedziałby, że idzie się wysikać;))
Przebiegający obok dzik wepchnął go z całej siły w kałużę.
- Tak wyobrażasz sobie polowanie? Czy po prostu postanowiłeś urządzić sobie kąpiel błotną?
Sawyer uniósł głowę. Sayid stał w zaroślach parę kroków od niego.
- Hahaha, Ali, chyba dzisiaj twój dzień pana dowcipnego. Ale może pójdziesz obdarzać kogoś innego próbkami swojego poczucia humoru? Na mnie twoje uroki nie działają, ale może ktoś się skusi.
Sayid podszedł i wyciągnął rękę. Sawyer spojrzał na niego nieufnie, ale chwycił oferowaną dłoń. Po chwili stał już pewnie na nogach. Czasem zastanawiał się, skąd w niższym i wcale nie tak znowu umięśnionym Irakijczyku tyle siły, ale zawsze podsumowywał to krótkim: „żołnierz”, co jego zdaniem wyjaśniało prawie wszystko, jeśli chodzi o Sayida. Siłę, robienie swojej roboty bez rozgłaszania tego wszem i wobec, spokój i opanowanie w momentach kryzysowych… Sawyer zacisnął pięść. Metody prowadzenia dyskusji też wyjaśniało.
- Więc? Polowanie?
- Tak. Muszę dorwać sukinsyna.
Sayid uśmiechnął się pod nosem. To już kolejny raz dzisiaj, przemknęło przez głowę Sawyerowi, cuda się zdarzają.
- Nie chcę ci odbierać przyjemności, ale to tylko dzik. Nie morderca staruszek.
- Dla mordercy staruszek ty i Jack na pewno urządzilibyście własną imprezę. Z dzikami muszę radzić sobie sam, bo nawet Locke gdzieś wybył.
Już w połowie pierwszego zdania zaklął się w duchu. Widział jak Sayid automatycznie zamyka się w sobie na samo wspomnienie tego, co mu zrobił. To było coś, w czym Sawyer dostrzegał wyłom z kategorii „żołnierz”. Zawodowiec powinien iść na bitwę zdeterminowany, robić tam, co do niego należy, a potem wrócić do domu i przejść nad tym do porządku dziennego. Nie traktować wojny jako samego siebie. Sayid tego nie potrafił. Może dlatego już nie był w armii. A może on sam, Freud od siedmiu boleści, nie ma pojęcia, o czym mówi…
- Sawyer? Słyszysz, co mówię?
- Hm? – przerwał filozoficzne rozmyślania nad psyche Mohammada i spojrzał na niego.
- Powiedziałem, że mogę pomóc ci go odnaleźć.
Sawyer przez chwilę myślał, że się przesłyszał.
- Ty? Znasz się na polowaniu?
- A czym to się różni od tropienia wroga?
Sawyer wrzucił w myślach kuleczkę do słoika „żołnierz”.
- Jasne. Mimo wszystko chyba nie skorzystam.
- Jak chcesz – wzruszył ramionami Sayid. – Ale obaj wiemy, że sam go nie znajdziesz, bo jesteś najbardziej miastowym typem na tej wyspie. No, może jeszcze Charlie, ale on się wyrabia.
Sawyer skrzywił się, słysząc porównanie.
- Nie masz pojęcia o tropieniu, więc sam sobie nie poradzisz – powtórzył Sayid. – Potrzebny ci ktoś do pomocy. O ile wiem, w grę wchodzą trzy osoby – ja, John i Kate. John z Boone’em prawie nie bywają w obozie, mają swoje własne polowania, Kate nie poprosisz, bo to by cię kosztowało zbyt dużo testosteronu. Zostaję ja. Ale w porządku – Sayid podniósł ręce w geście poddania. – Jak chcesz.
Odwrócił się i ruszył w kierunku plaży. Sawyer bił się w myślach z samym sobą i po kilku sekundach zawołał:
- Ali!
Sayid odwrócił się.
***
Czterdzieści pięć minut później Sawyer miał już dość. Po godzinie szedł już tylko napędzany siłą woli. Nie da satysfakcji Alemu, który – jeśli nie liczyć plam potu na koszulce – wyglądał, jakby w ogóle się nie zmęczył.
W końcu Sayid zatrzymał się.
- Chwila przerwy.
Sawyer oparł się ciężko o najbliższe drzewo.
- Zmęczony? – spytał z przekąsem. Sayid obejrzał go, zlanego potem i ciężko oddychającego, od stóp do głów i powiedział z politowaniem:
- Wrócę za parę minut. Odpocznij.
Sawyer usiadł więc na ziemi, oparł głowę o pień i wdychał wilgotne powietrze. Wyglądało na to, że cała złość na przeklętego zwierzaka wydostała się przez jego pory skóry i pozostało tylko zmęczenie.
Usłyszał szelest krzaków i przez chwilę myślał, że to Sayid. Dźwignął się z ziemi, przybrał nonszalancką minę wcale-nie-jestem-zmęczony i stanął oko w oko z dzikiem.
Przez chwilę patrzył na niego i ani drgnął. Potem powoli wyciągnął broń i cały czas nie spuszczając wzroku ze zwierzęcia wycelował.
Nagle przed oczami stanął mu zalany deszczem parking i mężczyzna, który miał być Sawyerem. Który powinien być Sawyerem, żeby on, James Ford, mógł zacząć życie od nowa.
Ale nie był. Nie był jego pieprzonym katharsis. Był po prostu sprzedawcą krewetek, tak jak ten dzik jest po prostu dzikiem. Może tylko bardziej upierdliwym niż inne.
Opuścił broń.
Kiedy obrócił głowę, zobaczył stojącego pod drzewem Sayida.
- To tylko dzik – rzucił. Schował pistolet, rozejrzał się i ruszył w kierunku plaży. Słyszał za sobą ciche kroki Irakijczyka i był wdzięczny, że ten nic mówi. Sprawa była zamknięta.
Miał być slash, nie ma slasha (sorri, dudes). Jest AU, Sawyer, Sayid (oczywiście;)).
Nie jestem zadowolona z tego tekstu, ale cóż. Wklejam.
Edit: mała zmiana dot.dobrego wychowania Sayida;) Nilc zauważyła fragment, do którego ja też nie byłam przekonana, więc poprawiłam. (otóż Sayid nie powiedziałby, że idzie się wysikać;))
Przebiegający obok dzik wepchnął go z całej siły w kałużę.
- Tak wyobrażasz sobie polowanie? Czy po prostu postanowiłeś urządzić sobie kąpiel błotną?
Sawyer uniósł głowę. Sayid stał w zaroślach parę kroków od niego.
- Hahaha, Ali, chyba dzisiaj twój dzień pana dowcipnego. Ale może pójdziesz obdarzać kogoś innego próbkami swojego poczucia humoru? Na mnie twoje uroki nie działają, ale może ktoś się skusi.
Sayid podszedł i wyciągnął rękę. Sawyer spojrzał na niego nieufnie, ale chwycił oferowaną dłoń. Po chwili stał już pewnie na nogach. Czasem zastanawiał się, skąd w niższym i wcale nie tak znowu umięśnionym Irakijczyku tyle siły, ale zawsze podsumowywał to krótkim: „żołnierz”, co jego zdaniem wyjaśniało prawie wszystko, jeśli chodzi o Sayida. Siłę, robienie swojej roboty bez rozgłaszania tego wszem i wobec, spokój i opanowanie w momentach kryzysowych… Sawyer zacisnął pięść. Metody prowadzenia dyskusji też wyjaśniało.
- Więc? Polowanie?
- Tak. Muszę dorwać sukinsyna.
Sayid uśmiechnął się pod nosem. To już kolejny raz dzisiaj, przemknęło przez głowę Sawyerowi, cuda się zdarzają.
- Nie chcę ci odbierać przyjemności, ale to tylko dzik. Nie morderca staruszek.
- Dla mordercy staruszek ty i Jack na pewno urządzilibyście własną imprezę. Z dzikami muszę radzić sobie sam, bo nawet Locke gdzieś wybył.
Już w połowie pierwszego zdania zaklął się w duchu. Widział jak Sayid automatycznie zamyka się w sobie na samo wspomnienie tego, co mu zrobił. To było coś, w czym Sawyer dostrzegał wyłom z kategorii „żołnierz”. Zawodowiec powinien iść na bitwę zdeterminowany, robić tam, co do niego należy, a potem wrócić do domu i przejść nad tym do porządku dziennego. Nie traktować wojny jako samego siebie. Sayid tego nie potrafił. Może dlatego już nie był w armii. A może on sam, Freud od siedmiu boleści, nie ma pojęcia, o czym mówi…
- Sawyer? Słyszysz, co mówię?
- Hm? – przerwał filozoficzne rozmyślania nad psyche Mohammada i spojrzał na niego.
- Powiedziałem, że mogę pomóc ci go odnaleźć.
Sawyer przez chwilę myślał, że się przesłyszał.
- Ty? Znasz się na polowaniu?
- A czym to się różni od tropienia wroga?
Sawyer wrzucił w myślach kuleczkę do słoika „żołnierz”.
- Jasne. Mimo wszystko chyba nie skorzystam.
- Jak chcesz – wzruszył ramionami Sayid. – Ale obaj wiemy, że sam go nie znajdziesz, bo jesteś najbardziej miastowym typem na tej wyspie. No, może jeszcze Charlie, ale on się wyrabia.
Sawyer skrzywił się, słysząc porównanie.
- Nie masz pojęcia o tropieniu, więc sam sobie nie poradzisz – powtórzył Sayid. – Potrzebny ci ktoś do pomocy. O ile wiem, w grę wchodzą trzy osoby – ja, John i Kate. John z Boone’em prawie nie bywają w obozie, mają swoje własne polowania, Kate nie poprosisz, bo to by cię kosztowało zbyt dużo testosteronu. Zostaję ja. Ale w porządku – Sayid podniósł ręce w geście poddania. – Jak chcesz.
Odwrócił się i ruszył w kierunku plaży. Sawyer bił się w myślach z samym sobą i po kilku sekundach zawołał:
- Ali!
Sayid odwrócił się.
***
Czterdzieści pięć minut później Sawyer miał już dość. Po godzinie szedł już tylko napędzany siłą woli. Nie da satysfakcji Alemu, który – jeśli nie liczyć plam potu na koszulce – wyglądał, jakby w ogóle się nie zmęczył.
W końcu Sayid zatrzymał się.
- Chwila przerwy.
Sawyer oparł się ciężko o najbliższe drzewo.
- Zmęczony? – spytał z przekąsem. Sayid obejrzał go, zlanego potem i ciężko oddychającego, od stóp do głów i powiedział z politowaniem:
- Wrócę za parę minut. Odpocznij.
Sawyer usiadł więc na ziemi, oparł głowę o pień i wdychał wilgotne powietrze. Wyglądało na to, że cała złość na przeklętego zwierzaka wydostała się przez jego pory skóry i pozostało tylko zmęczenie.
Usłyszał szelest krzaków i przez chwilę myślał, że to Sayid. Dźwignął się z ziemi, przybrał nonszalancką minę wcale-nie-jestem-zmęczony i stanął oko w oko z dzikiem.
Przez chwilę patrzył na niego i ani drgnął. Potem powoli wyciągnął broń i cały czas nie spuszczając wzroku ze zwierzęcia wycelował.
Nagle przed oczami stanął mu zalany deszczem parking i mężczyzna, który miał być Sawyerem. Który powinien być Sawyerem, żeby on, James Ford, mógł zacząć życie od nowa.
Ale nie był. Nie był jego pieprzonym katharsis. Był po prostu sprzedawcą krewetek, tak jak ten dzik jest po prostu dzikiem. Może tylko bardziej upierdliwym niż inne.
Opuścił broń.
Kiedy obrócił głowę, zobaczył stojącego pod drzewem Sayida.
- To tylko dzik – rzucił. Schował pistolet, rozejrzał się i ruszył w kierunku plaży. Słyszał za sobą ciche kroki Irakijczyka i był wdzięczny, że ten nic mówi. Sprawa była zamknięta.
no subject
Date: 2006-08-08 06:33 pm (UTC)Tu się skwiczałam. 100% Sawyer.
Wczoraj KIC: wybuchł.
O nie, chyba się zakwikam, Outlaws teraz w TV... XDDD
Dobre zdanie, świetne zakończenie. Mocno zgrzytają za to proporcje tekstu i wypowiedzi Sayida: nie powiedziałby "siku", "Charlie się wyrabia", "kosztowałoby cię to dużo testosteronu", itd. On ma inny styl.
no subject
Date: 2006-08-08 06:41 pm (UTC)Chyba masz rację z tymi testosteronem, ale o Charlie'em już mógłby tak powiedzieć.
Może to kwestia tego, że ja oglądałam Lost z napisami, może przez to trudniej mi wyłapać niuanse językowe Sayida;) Ale zgadzam się, że przy nim trzeba uważać, tu mi nie wyszło:]
Dzięki!